Na wizytę w urzędzie wybrałam się z kolegą mojego chłopaka,
gdyż on w tym czasie nie mógł niestety mi towarzyszyć. Początkowo urzędnicy nie
wpuścili kolegi ze mną, jednak gdy okazało się, że nie są w stanie dogadać się
ze mną po angielsku, pozwolili mu wejść. Pan urzędnik był wręcz zniesmaczony
faktem, że nie mówię po turecku (jestem w trakcie nauki). Na pierwsze spotkanie
niestety nie udało mi się zgromadzić wszystkich potrzebnych dokumentów, ale nie
martwiłam się tym, ponieważ na stronie internetowej jest napisane, że jeśli
czegoś brakuje, można to dostarczyć w ciągu 30 dni od spotkania. Pan urzędnik
po raz kolejny był wielce niezadowolony, nakazał dostarczenie brakujących
dokumentów i stwierdził, że mam zapłacić karę w wysokości 50 $, którą chyba sam
sobie wymyślił (lub chciał wymusić łapówkę). Ponadto, nie był w stanie
poprawnie obliczyć ilość dni, jaka pozostała do końca ważności mojej wizy
turystycznej, według niego się skończyła, według prawidłowych obliczeń, miałam
jeszcze 3 tygodnie do wykorzystania. Niestety, lecz w Turcji tak bywa, że każdy
urzędnik ma swoje zasady, swoje pomysły, co jest bardzo zniechęcające i
irytujące. Z tej wizyty wyszłam prawie z płaczem. W ciągu tygodnia jednak z
pomocą mojego chłopaka zgromadziłam brakujące papierki i razem stawiliśmy się w
urzędzie. Tym razem mieliśmy do czynienia z miłą, spokojną panią, ale też nie
była w stanie rozmawiać po angielsku. Dokumenty zostały przyjęte, poinformowano
Nas, że odwiedzi Nas policja, celem sprawdzenia, czy rzeczywiście mieszkam pod
adresem, który podałam. Przez 6 tygodni nie działo się nic. W tym momencie
nadmienię, że w tym samym czasie o pozwolenie na pobyt ubiegała się również
moja współlokatorka, czyli Nasze aplikacje zawierały ten sam adres. Końcem
września nadal nic się nie działo, stąd mój chłopak postanowił wybrać się do
urzędu i zapytać, jak się sprawy mają. Poinformowano Nas, że dzień wcześniej
policja była w mieszkaniu, ale nikogo nie zastała, ponadto sąsiedzi
powiedzieli, że nikt taki (czyli ja) tam nie mieszka… Stanęło na tym, że na
drugi dzień policja miała przyjść, aby skontrolować mnie jeszcze raz.
Cierpliwie czekałam w mieszkaniu, nie pojawili się. Następnego dnia, kolejna
wizyta w urzędzie. Okazało się, że policja przyszła skontrolować moją
współlokatorkę, a nie mnie (co jest dziwne, ponieważ jej dokumenty były wciąż
niekompletne, a moje gotowe, czekające w urzędzie). Z tego względu, że jej w
mieszkaniu nie zastali, a sąsiedzi nakłamali, dziewczyna zapłaciła około 1000
tureckich lirów kary, musiała szybko opuścić Turcję, a po powrocie do Turcji w
ciągu 10 dni aplikować powtórnie o pozwolenie na pobyt. Nie pomogło okazanie w
urzędzie zapłaconych rachunków z tego mieszkania (chciała udowodnić, że
naprawdę tam mieszka). Tego dnia właściciel mieszkania wyrzucił mnie z niego,
dając mi 5 minut na spakowanie się… Sytuacja tym bardziej przykra, że
mieszkanie wynajmowaliśmy od kogoś znajomego, niestety, okropnie się
zawiedliśmy… Nawet nie mam ochoty tego dłużej komentować. W urzędzie należy
podać aktualny adres i o każdej zmianie poinformować w ciągu 48 godzin. Ze
względu na to, że nie byłam w stanie podać nowego adresu, moja aplikacja o
pozwolenie na pobyt została anulowana. Zapłaciłam 360 tureckich lirów kary,
dostałam nakaz opuszczenia w Turcji w ciągu 30 dni, a kiedy do Turcji wrócę,
muszę rozpocząć aplikację o ikamet od nowa w ciągu 10 dni. Wyjeżdżając, nie miałam
na szczęście żadnych problemów, nie zapłaciłam innych kar ani nie dostałam
zakazu wjazdu do Turcji, co w całej sytuacji jest pozytywne. W normalnych
okolicznościach, powinnam otrzymać pozwolenie na pobyt w ciągu 3 miesięcy.
Można łatwo policzyć, ile straciłam pieniędzy, czasu oraz nerwów… W następnej
notce udzielę kilku rad, które mogą być pomocne przy aplikacji o pozwolenie na
pobyt. Jak widać, doświadczenia mam aż nadto…
Inspiracją do pisania bloga był mój wyjazd na Erasmusa do Stambułu. Zmienił on moje życie, zdobyłam nowe doświadczenia, poznałam obcą kulturę. Chciałabym podzielić się moimi wrażeniami, a dzięki pisaniu, przypominam sobie więcej szczegółów i będę mogła wracać do nich kiedy tylko zechcę :) Zapraszam do czytania i komentowania.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 19 listopada 2015
sobota, 6 września 2014
Co miłego spotkało mnie w Stambule?
Żyję w przekonaniu, że każdy dzień może przynieść coś
dobrego. Zdarzenie, które na zawsze zostanie w pamięci. Drobny ludzki gest,
który przywróci Nam wiarę w ludzi. Warto w swej pamięci pielęgnować takie
chwile i wracać do nich, kiedy mam gorszy moment bądź dzień. Dziś postanowiłam
napisać o trzech zdarzeniach, trzech ludzkich gestach mieszkańców Stambułu,
które wywołały uśmiech na mojej twarzy i lubię do nich wracać.
Pierwsze zdarzenie miało miejsce w moim drugim tygodniu
pobytu w Stambule. Wracaliśmy do domu metrem z moim chłopakiem, zmęczeni po
całym dniu. Obok niego usiadła kobieta i zaczęła z nim rozmawiać. Byłam
nieco zdziwiona, ale szybko zrozumiałam, o co chodzi. Pani z metra oddała Nam
za darmo 4 bilety na koncert znanej w całej Turcji piosenkarki Nil
Karaibrahimgil; wyjaśniła, że sama nie może iść, a my jesteśmy uroczą parą i
wierzy, że będziemy dobrze się bawić. Na koncert wybraliśmy się z tatą
mojego chłopaka, mimo mojej nieznajomości tureckiego i repertuaru piosenkarki,
bawiłam się dobrze. Koncert miał miejsce 22 lutego 2013 roku. Metro jeździ co
kilka minut… gdybyśmy nawet wsiedli do innego wagonu metra, nie bylibyśmy na
tym koncercie.
Kolejne miłe wydarzenie spotkało mnie w czasie, gdy w
Stambule odwiedziła mnie na kilka dni koleżanka. Był to piękny, słoneczny
dzień, zwiedzałyśmy starą część miasta. Jednym z punktów „do zobaczenia”
była Hagia Sophia. Podczas oglądania świątyni, nagle otoczyła mnie grupka
tureckich dzieciaków w wieku szkolnym, zapytali, czy mogą sobie zrobić ze mną
zdjęcie. Byłam bardzo zaskoczona, na policzki wystąpił
rumieniec, ale zgodziłam się, dzieci były bardzo sympatyczne. Nigdy nie byłam w
tak osobliwej sytuacji.
Ostatnia sytuacja również miała miejsce w metrze. Do
ostatniej sekundy nie mogliśmy się z chłopakiem zdecydować, czy wsiadamy,
czy nie, jednak koniec końców znaleźliśmy się w wagoniku, dość
zatłoczonym. Chciałam ustąpić miejsca starszemu panu, lecz nalegał, abym to ja
usiadła. Kiedy to zrobiłam zapytał mnie po angielsku, skąd jestem. Gdy usłyszał
moją odpowiedź, skwitował: „Chopin country!”. Możecie sobie wyobrazić moją minę
i wzruszenie, które mnie ogarnęło. Starszy pan wyjaśnił, że jest muzykiem.
Byłam ogromnie zaskoczona faktem, iż mówi po angielsku, ze względu na jego wiek.
Jego ubiór- biały garnitur wyróżniał go z tłumu… ale to jego maniery i wiedza pokazały
dobitnie, jakim jest człowiekiem, a moim zdaniem- niesamowitym! To miłe, że
ktoś w świecie kojarzy moją Ojczyznę nie dzięki marce wódki czy katastrofie
samolotu prezydenta. Po tym zdarzeniu przez cały dzień byłam wzruszona i w
bardzo pozytywnym nastroju. Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane znaleźć się
w odpowiednim miejscu o odpowiednim czasie i przeżyć coś tak dla mnie
wzniosłego.
Być może po przeczytaniu tej notki ktoś może być rozczarowany
i dziwić się, dlaczego takie niewielkie gesty przemawiają do mnie najbardziej,
ale taka już moja natura. Wszystkie powyższe historie w pewien sposób
przywracają we mnie wiarę w ludzi, której tak często mam za mało. Sprawiły też,
że najzwyczajniej w świecie poczułam się lepiej będąc z daleka od miejsca,
gdzie się urodziłam i wychowałam.
piątek, 29 listopada 2013
Studia w Turcji, czyli co mnie zdziwiło na uczelni?
Czasem wydaje mi się, że pobyt na Erasmusie w Turcji zafundował mi nie tylko spadek wagi, ale także kilka nowych zmarszczek. Takich, które powstają, kiedy się człowiek dziwi :) Dzisiaj chciałabym nieco porównać, jak wygląda studiowanie w Polsce, a jak w Turcji. Piszę wyłącznie o swoich doświadczeniach, nie chcę nikogo wprowadzić w błąd czy obrazić.
1. Na mojej uczelni studenci przebywający na wymianie mają zajęcia razem, nie z polskimi studentami. Ja w Turcji chodziłam na zajęcia ze studentami tureckimi, którzy mieli (a przynajmniej powinni) mieć wszystkie zajęcia prowadzone w języku angielskim. Stąd, czasami na niektórych zajęciach, byłam jedynym Erasmusem.
2. W Polsce mamy podział na wykłady i ćwiczenia, tudzież laboratorium, w Turcji są po prostu zajęcia. Właściwie ten brak podziału bardziej mi się podobał.
3. W Polsce mamy sesję letnią i zimową, piszemy eseje, projekty na zaliczenia, mamy sprawdziany bądź kolokwia. W Turcji są 'midterm exams' czyli egzaminy w połowie semestru, a na końcu semestru 'final exams' czyli egzaminy na koniec semestru. Z moich informacji wynika, że poprawka każdego egzaminu może mieć miejsce tylko raz, a jeśli się nie zda, trzeba przedmiot powtarzać.
4. W Turcji studenci nagminnie się spóźniają i wychodzą w czasie zajęć i nikt na to nie zwraca uwagi. Na mojej uczelni często spóźnialscy nie mają prawa wstępu na zajęcia, a wyjście w czasie zajęć jest raczej niedopuszczalne (nie licząc wyjątkowych okoliczności).
5. Teoretycznie zajęcia powinny być prowadzone po angielsku. W praktyce wyglądało to tak, że tylko jedna pani profesor się do tego stosowała, nawet na pytania zadane po turecku odpowiadała po angielsku. Niestety inni wykładowcy najczęściej wyjaśniali trudne kwestie po turecku, albo mówili po turecku, a na tablicy pisali po angielsku.
6. Kwestia notatek. U Nas są osoby, które nic nie piszą, są osoby, które notują wszystko, tam też. Różnica jest taka, że są punkty ksero, do których studenci tureccy zanoszą swoje notatki (dobrej jakości pod względem merytorycznym i stylu pisma), a punkty ksero je kopiują i sprzedają każdemu, kto chce je kupić. Nie trzeba więc nikogo prosić o użyczenie zeszytu. Także wykładowcy zostawiają notatki w takich punktach ksero i często przed zajęciami trzeba było je zakupić. Reasumując, w Turcji damy radę bez własnych notatek, ale w Polsce też ;)
7. Tylko na jednych zajęciach w Turcji była sprawdzana obecność! Mocno się zdziwiłam, że listy obecności nie są robione. W sumie fajnie, bo często było tak, że człowiek inaczej spędzał czas, niż na uczelni.
8. Tureccy wykładowcy mają duże ego... czasem ciężko z nimi nawiązać jakikolwiek kontakt, ciężko się dogadać, coś załatwić. Broń Boże nie polecam narzekania, ja niestety raz nie wytrzymałam w takiej oto sytuacji: zostałam zapytana, czemu nie chodzę na zajęcia, a ja na to, że wykładowca przez większość czasu mówi po turecku i to nie jest fair w stosunku do mnie; rezultat: niezdany egzamin końcowy, podczas gdy połówkowy zdałam na 70% Przez tą panią musiałam zmienić termin wylotu, aby móc zdać egzamin poprawkowy. Pisałam do niej maile, że nie mogę się pojawić na egzaminie poprawkowym, że mam kupiony bilet do Polski, czy mogę to zaliczyć wcześniej. Kiedy wręczała mi kartkę na egzaminie poprawkowym, powiedziała mi, że nie miała dostępu do internetu i zobaczyła mojego maila dopiero chwilę przed egzaminem poprawkowym. Było to dla mnie śmieszne, bo pani korzystała ze smartfona, z dostępem do internetu...
9. Przed każdym wejściem na uczelni należy pokazać legitymację studencką, przechodzimy także przez bramkę jak na lotnisku, a torba jest także skanowana.
10. Podczas egzaminów studenci tureccy nie muszą chodzić elegancko ubrani. Dziewczyny przychodzą nawet w dresach, co mnie mocno zaskoczyło. Ogólnie rzecz biorąc, styl ubierania się w Turcji to chyba temat na osobną notkę. Także wykładowcy za bardzo się nie stroją na uczelnię...
11. Reasumując, na uczelni zagranicznej nie byłam traktowana wyjątkowo, lecz tak samo, jak studenci tureccy. U Nas jest całkowicie inaczej ;) Proszę nie myśleć, że narzekam, mówię, jak jest :)
1. Na mojej uczelni studenci przebywający na wymianie mają zajęcia razem, nie z polskimi studentami. Ja w Turcji chodziłam na zajęcia ze studentami tureckimi, którzy mieli (a przynajmniej powinni) mieć wszystkie zajęcia prowadzone w języku angielskim. Stąd, czasami na niektórych zajęciach, byłam jedynym Erasmusem.
2. W Polsce mamy podział na wykłady i ćwiczenia, tudzież laboratorium, w Turcji są po prostu zajęcia. Właściwie ten brak podziału bardziej mi się podobał.
3. W Polsce mamy sesję letnią i zimową, piszemy eseje, projekty na zaliczenia, mamy sprawdziany bądź kolokwia. W Turcji są 'midterm exams' czyli egzaminy w połowie semestru, a na końcu semestru 'final exams' czyli egzaminy na koniec semestru. Z moich informacji wynika, że poprawka każdego egzaminu może mieć miejsce tylko raz, a jeśli się nie zda, trzeba przedmiot powtarzać.
4. W Turcji studenci nagminnie się spóźniają i wychodzą w czasie zajęć i nikt na to nie zwraca uwagi. Na mojej uczelni często spóźnialscy nie mają prawa wstępu na zajęcia, a wyjście w czasie zajęć jest raczej niedopuszczalne (nie licząc wyjątkowych okoliczności).
5. Teoretycznie zajęcia powinny być prowadzone po angielsku. W praktyce wyglądało to tak, że tylko jedna pani profesor się do tego stosowała, nawet na pytania zadane po turecku odpowiadała po angielsku. Niestety inni wykładowcy najczęściej wyjaśniali trudne kwestie po turecku, albo mówili po turecku, a na tablicy pisali po angielsku.
6. Kwestia notatek. U Nas są osoby, które nic nie piszą, są osoby, które notują wszystko, tam też. Różnica jest taka, że są punkty ksero, do których studenci tureccy zanoszą swoje notatki (dobrej jakości pod względem merytorycznym i stylu pisma), a punkty ksero je kopiują i sprzedają każdemu, kto chce je kupić. Nie trzeba więc nikogo prosić o użyczenie zeszytu. Także wykładowcy zostawiają notatki w takich punktach ksero i często przed zajęciami trzeba było je zakupić. Reasumując, w Turcji damy radę bez własnych notatek, ale w Polsce też ;)
7. Tylko na jednych zajęciach w Turcji była sprawdzana obecność! Mocno się zdziwiłam, że listy obecności nie są robione. W sumie fajnie, bo często było tak, że człowiek inaczej spędzał czas, niż na uczelni.
8. Tureccy wykładowcy mają duże ego... czasem ciężko z nimi nawiązać jakikolwiek kontakt, ciężko się dogadać, coś załatwić. Broń Boże nie polecam narzekania, ja niestety raz nie wytrzymałam w takiej oto sytuacji: zostałam zapytana, czemu nie chodzę na zajęcia, a ja na to, że wykładowca przez większość czasu mówi po turecku i to nie jest fair w stosunku do mnie; rezultat: niezdany egzamin końcowy, podczas gdy połówkowy zdałam na 70% Przez tą panią musiałam zmienić termin wylotu, aby móc zdać egzamin poprawkowy. Pisałam do niej maile, że nie mogę się pojawić na egzaminie poprawkowym, że mam kupiony bilet do Polski, czy mogę to zaliczyć wcześniej. Kiedy wręczała mi kartkę na egzaminie poprawkowym, powiedziała mi, że nie miała dostępu do internetu i zobaczyła mojego maila dopiero chwilę przed egzaminem poprawkowym. Było to dla mnie śmieszne, bo pani korzystała ze smartfona, z dostępem do internetu...
9. Przed każdym wejściem na uczelni należy pokazać legitymację studencką, przechodzimy także przez bramkę jak na lotnisku, a torba jest także skanowana.
10. Podczas egzaminów studenci tureccy nie muszą chodzić elegancko ubrani. Dziewczyny przychodzą nawet w dresach, co mnie mocno zaskoczyło. Ogólnie rzecz biorąc, styl ubierania się w Turcji to chyba temat na osobną notkę. Także wykładowcy za bardzo się nie stroją na uczelnię...
11. Reasumując, na uczelni zagranicznej nie byłam traktowana wyjątkowo, lecz tak samo, jak studenci tureccy. U Nas jest całkowicie inaczej ;) Proszę nie myśleć, że narzekam, mówię, jak jest :)
poniedziałek, 25 listopada 2013
Erasmus know how: wyjazd na studia
Kiedy stałam się studentką, nie miałam za bardzo pojęcia o programie Erasmus. Nie przypominam sobie także, aby uczelnia organizowała jakieś eventy dotyczące tego programu bądź wykładowców zachęcających do wyjazdu. Teraz na szczęście są Targi mobilności, a informacje o Erasmusie rozchodzą się szybko, kiedy w akademiku pojawiają się obcokrajowcy.
Obiecałam sobie, że jeśli dostanę się na studia magisterskie, na Erasmusa się wybiorę- oczywiście do Stambułu, aby być z chłopakiem, poznać jego rodzinę, przyjaciół, kraj i kulturę. Na studia się dostałam. Planowałam jechać na ostatnim roku, lecz łut szczęścia sprawił, że odbyła się dodatkowa rekrutacja i podczas pobytu mojego chłopaka w Polsce w październiku 2012 dowiedzieliśmy się o niej. Szybko zorganizowałam potrzebne dokumenty. Przy wyjeździe do Turcji jest trochę więcej zawracania głowy, potrzebne jest dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne oraz wiza. Nie należy jednak tych aspektów rozpatrywać jako problemów. Na początku chcę napisać, co zrobić, kiedy zrodzi się w nas pomysł wyjazdu. Trzeba się zorientować, z jakimi uczelniami nasza uczelnia ma podpisane umowy. Wtedy wiemy, gdzie możemy pojechać. Następnie należy sprawdzić wymagania uczelni zagranicznej: w jakim języku odbywają się wykłady i egzaminy, czy potrzebny jest certyfikat językowy, jakie dokumenty musimy przedstawić, aby wziąć udział w rekrutacji, np. wykaz ocen z całego toku studiów, list motywacyjny, CV. W moim przypadku musiałam wypełnić kwestionariusz uczelni zagranicznej, napisać list motywacyjny, przedstawić Transcript of records czyli wykaz zaliczeń z całych studiów licencjackich. Kiedy zgromadziłam te dokumenty, zostały wysłane do uczelni przyjmującej (zagranicznej) i pozostało mi czekanie na list akceptacyjny. Nie spodziewałam się żadnych problemów, ale czekałam z niecierpliwością. List akceptacyjny dostałam przed Bożym Narodzeniem 2012, a 13 lutego 2013 poleciałam do Stambułu. Ważnym dokumentem jest także Learning agreement, który zawiera przedmioty, których program zrealizujemy w uczelni przyjmującej. Musi być podpisany przez koordynatora naszego wydziału, biuro ds. współpracy z zagranicą oraz uczelnię zagraniczną. Po przyjeździe na uczelnię przyjmującą możemy zmodyfikować ten dokument, ale mamy na to miesiąc. Ja tak zrobiłam, po czym i tak się okazało, że jeden przedmiot w ogóle nie został otwarty; koniec końców musiałam go zaliczyć indywidualnie. Przed wyjazdem należy się także zorientować, czy po powrocie będziemy musieli zdawać egzaminy w Polsce, czy semestr zostanie zaliczony na podstawie ocen z zaliczonych przedmiotów za granicą. Ja miałam to szczęście, że kiedy wróciłam, musiałam tylko otrzymać zaliczenie z seminarium magisterskiego, a innymi zaliczeniami i egzaminami nie martwiłam się, ponieważ zdałam w Stambule wszystkie egzaminy. Warto było, ponieważ w przypadku niezdania egzaminów w uczelni przyjmującej, niestety możemy mieć takie problemy jak konieczność zwrócenia grantu, lecz osobiście nie słyszałam o takim przypadku.
Tak jak wspominałam wyżej, wyjazd do Turcji może być nieco bardziej skomplikowany, niż wyjazd do kraju, który jest członkiem Unii Europejskiej. Nie był mi potrzebny żaden certyfikat językowy, ale za to potrzebowałam ubezpieczenia i wizy. Kupiłam kartę Euro26, która wystarczyła jako ubezpieczenie. Wizę dostałam w jeden dzień i aby ją otrzymać, należy zrobić kserokopię paszportu, dostarczyć zdjęcie, dokumenty z naszej uczelni oraz uczelni przyjmującej, a także kwestionariusz wizowy. Dokumenty złożyłam w ambasadzie tureckiej w Warszawie około 10 rano, a wizę otrzymałam około 18. W ambasadzie poznałam Zosię, która także była na Erasmusie w Turcji i wybierała się na drugi semestr ;) Stąd jeszcze raz starała się o wizę. Słyszałam, że teraz na wizę trzeba czekać kilka dni. No cóż, zobaczę, jak to będzie przed wyjazdem na praktykę.
Po przyjeździe na uczelnię zagraniczną musimy dostarczyć listownie naszej uczelni potwierdzenie, że stawiliśmy się na uczelnię przyjmującą. Oprócz tego, możemy wysłać dokument Changes to learning agreement. Po wyjeździe należy przedstawić Transcript of records, czyli wykaz zaliczeń z uczelni przyjmującej. Dodam jeszcze, że przed wyjazdem otrzymujemy 90% grantu, a po przyjeździe pozostałą część, jeśli wypełniliśmy warunki umowy.
Jeżeli tylko chcecie wyjechać, macie taką możliwość, to nie ma na co czekać! Jest to wspaniała szansa. Fakt faktem, ja kierowałam się przede wszystkim chęcią bycia razem z moim chłopakiem, ale studia na zagranicznej uczelni to super punkt w CV, niesamowite życiowe doświadczenie, którego nikt Wam nie odbierze. Wiem, że na niektórych uczelniach jest niesamowity wyścig podczas rekrutacji na Erasmusa. Mój wyjazd mogę podsumować tak: jestem szczęściarą, bo wszystko odbyło się po mojej myśli :) Nadmienię, że jest świetnie, kiedy znamy osoby, które studiowały już wcześniej w ramach Erasmusa i mogą nam coś podpowiedzieć, pomóc. Polecam korzystać z ich pomocy, ja także odpowiem na pytania, jeśli ktoś ma ochotę je zadać.
Przydatne linki:
http://www.erasmus.org.pl/
Erasmus Polska facebook
Obiecałam sobie, że jeśli dostanę się na studia magisterskie, na Erasmusa się wybiorę- oczywiście do Stambułu, aby być z chłopakiem, poznać jego rodzinę, przyjaciół, kraj i kulturę. Na studia się dostałam. Planowałam jechać na ostatnim roku, lecz łut szczęścia sprawił, że odbyła się dodatkowa rekrutacja i podczas pobytu mojego chłopaka w Polsce w październiku 2012 dowiedzieliśmy się o niej. Szybko zorganizowałam potrzebne dokumenty. Przy wyjeździe do Turcji jest trochę więcej zawracania głowy, potrzebne jest dodatkowe ubezpieczenie zdrowotne oraz wiza. Nie należy jednak tych aspektów rozpatrywać jako problemów. Na początku chcę napisać, co zrobić, kiedy zrodzi się w nas pomysł wyjazdu. Trzeba się zorientować, z jakimi uczelniami nasza uczelnia ma podpisane umowy. Wtedy wiemy, gdzie możemy pojechać. Następnie należy sprawdzić wymagania uczelni zagranicznej: w jakim języku odbywają się wykłady i egzaminy, czy potrzebny jest certyfikat językowy, jakie dokumenty musimy przedstawić, aby wziąć udział w rekrutacji, np. wykaz ocen z całego toku studiów, list motywacyjny, CV. W moim przypadku musiałam wypełnić kwestionariusz uczelni zagranicznej, napisać list motywacyjny, przedstawić Transcript of records czyli wykaz zaliczeń z całych studiów licencjackich. Kiedy zgromadziłam te dokumenty, zostały wysłane do uczelni przyjmującej (zagranicznej) i pozostało mi czekanie na list akceptacyjny. Nie spodziewałam się żadnych problemów, ale czekałam z niecierpliwością. List akceptacyjny dostałam przed Bożym Narodzeniem 2012, a 13 lutego 2013 poleciałam do Stambułu. Ważnym dokumentem jest także Learning agreement, który zawiera przedmioty, których program zrealizujemy w uczelni przyjmującej. Musi być podpisany przez koordynatora naszego wydziału, biuro ds. współpracy z zagranicą oraz uczelnię zagraniczną. Po przyjeździe na uczelnię przyjmującą możemy zmodyfikować ten dokument, ale mamy na to miesiąc. Ja tak zrobiłam, po czym i tak się okazało, że jeden przedmiot w ogóle nie został otwarty; koniec końców musiałam go zaliczyć indywidualnie. Przed wyjazdem należy się także zorientować, czy po powrocie będziemy musieli zdawać egzaminy w Polsce, czy semestr zostanie zaliczony na podstawie ocen z zaliczonych przedmiotów za granicą. Ja miałam to szczęście, że kiedy wróciłam, musiałam tylko otrzymać zaliczenie z seminarium magisterskiego, a innymi zaliczeniami i egzaminami nie martwiłam się, ponieważ zdałam w Stambule wszystkie egzaminy. Warto było, ponieważ w przypadku niezdania egzaminów w uczelni przyjmującej, niestety możemy mieć takie problemy jak konieczność zwrócenia grantu, lecz osobiście nie słyszałam o takim przypadku.
Tak jak wspominałam wyżej, wyjazd do Turcji może być nieco bardziej skomplikowany, niż wyjazd do kraju, który jest członkiem Unii Europejskiej. Nie był mi potrzebny żaden certyfikat językowy, ale za to potrzebowałam ubezpieczenia i wizy. Kupiłam kartę Euro26, która wystarczyła jako ubezpieczenie. Wizę dostałam w jeden dzień i aby ją otrzymać, należy zrobić kserokopię paszportu, dostarczyć zdjęcie, dokumenty z naszej uczelni oraz uczelni przyjmującej, a także kwestionariusz wizowy. Dokumenty złożyłam w ambasadzie tureckiej w Warszawie około 10 rano, a wizę otrzymałam około 18. W ambasadzie poznałam Zosię, która także była na Erasmusie w Turcji i wybierała się na drugi semestr ;) Stąd jeszcze raz starała się o wizę. Słyszałam, że teraz na wizę trzeba czekać kilka dni. No cóż, zobaczę, jak to będzie przed wyjazdem na praktykę.
Po przyjeździe na uczelnię zagraniczną musimy dostarczyć listownie naszej uczelni potwierdzenie, że stawiliśmy się na uczelnię przyjmującą. Oprócz tego, możemy wysłać dokument Changes to learning agreement. Po wyjeździe należy przedstawić Transcript of records, czyli wykaz zaliczeń z uczelni przyjmującej. Dodam jeszcze, że przed wyjazdem otrzymujemy 90% grantu, a po przyjeździe pozostałą część, jeśli wypełniliśmy warunki umowy.
Jeżeli tylko chcecie wyjechać, macie taką możliwość, to nie ma na co czekać! Jest to wspaniała szansa. Fakt faktem, ja kierowałam się przede wszystkim chęcią bycia razem z moim chłopakiem, ale studia na zagranicznej uczelni to super punkt w CV, niesamowite życiowe doświadczenie, którego nikt Wam nie odbierze. Wiem, że na niektórych uczelniach jest niesamowity wyścig podczas rekrutacji na Erasmusa. Mój wyjazd mogę podsumować tak: jestem szczęściarą, bo wszystko odbyło się po mojej myśli :) Nadmienię, że jest świetnie, kiedy znamy osoby, które studiowały już wcześniej w ramach Erasmusa i mogą nam coś podpowiedzieć, pomóc. Polecam korzystać z ich pomocy, ja także odpowiem na pytania, jeśli ktoś ma ochotę je zadać.
Przydatne linki:
http://www.erasmus.org.pl/
Erasmus Polska facebook
Etykiety:
changes to learning agreement,
doświadczenie,
egzaminy,
Erasmus,
Istanbul,
learning agreement,
Polka w Turcji,
Stambuł,
student,
studia,
transcript of records,
Turcja,
Turkey,
Türkiye,
zaliczenia
Subskrybuj:
Posty (Atom)
